Thursday, 26 November 2009

B makes difference

I wrote one text and then all dissapeared if it were completely untrue. I will try again. No it's almost impossible. Like the images that I face again. Like my country and hometown which look more like from deep eastern europe. From the capital of Europe to Bielawa. Still B. Almost like B. And it doesnt really matter how far I will go, I will return to the same ground as my anccessors. And it is just like this. And rivers still rummble the rocks down the stream.

Wednesday, 25 November 2009

To trochę tak jakbym się zatrzymał. Po raz kolejny. Nie pierwszy i nie ostatni. Już ten wcześniejszy był jakby nieodwracalny i na samym dnie. A prosze, jednak nie.
Czasami słowa przychodzą w takich miejscach, gdzie trudno je zapisać. Przyłapane na krawężniku zamiast trzymać się ręki, uciekając bębnią hałaśliwie po zebrze. Czasami siedzę sam. Całymi godzinami nikogo. Nic nie widzę. Chciałoby się coś napisać, a tu nic. W głowie jakby otchłań. Taka przestrzeń, taka pustka. Myśl czasami przemknie. Naiwna. Taka jakby już powtórzona po raz setny lub któryś. Taka myśl, że strach ją zapisać. Bo cóż, gdyby okazała się prawdziwą. Taka myśl: A co jeśli, wszystko to co myślę o świecie, co sobie wyobrażam i interpretuje, wszystko to co mówię innym, co myślę do siebie, co jeśli wszystkie obrazy boga które mi migotają w głowie, co jeśli to wszystko jest nie prawdą. Co jeśli cały czas się mylę. Taka myśl. Jedna. Prosta. Wbrew pozorom wywołująca uśmiech.
A jak już wchodzisz w świat ciągłych inspiracji i rządz, wszystko ożywa, słowa na skrzydłach fantazji fruwają po korytarzach pamięci. I są takie proste i piękne, otwierające furtki do bram niebios, do wiecznej chwały i owacji na stojąco. Trochę jakby z obawy, że może nie są najpiękniejszymi pozwalam im uciec. Rozpłynąć się w delikatną chmurkę niespełnienia. Potem już nikogo nie widząc, na oślep i przed siebie brnę z wyrzutami sumienia. Spotykam osobę. Od tygodni nie rozmawiałem więc wyciągam najsubtelniejsze z barw mojego życia. Karmię odbiorcę łechcąc tym samym swoją próżność. Próżność w której trwam i której za każdym razem myślę że to już kres, a to dopiero początek. Ale nie mówię o tym, bo i po co. Nie warto zaprzątać głowy banałami, jak już znalazło się odbiorcę. Więc nadaję, antenuję prosto w niego, bez skrupółów i przyczaji. Wale wszystko co wiem, że będzie odebrane z zachwytem. A na koniec jeszcze dopierdole, że mam starego inwalide, to dopiero zadziała.......

Gówno.


Nic nie mówię. Siedzę, patrzę, przypatruję się przepięknym drzewom na tle pogodnego nieba. Wysokim, dostojnym, rosnącym w iście Brukselskim porządku (to nic że taki nie istnieje - nieważne - baw się, bo za chwilę może już cię nie być) Więc bawię się. Kręcę sobie kuleczkami, piłeczkę podrzucam do góry tak wysoko, że jak chcę za nią nadążyć to widzę tylko błekit. Taki ciepły i obiecujący. Błękit ciepły? A jednak. Baw się. Nie bądź taki na maksa serio. To przecież ten dzień jest tak piękny, Słońce tak chojne. wszystko jest ciepłe, nawet błekity. Potem jak już trochę się zmęczę, rozprzestrzenię kilka dzwięków dookoła. Przystanie kobieta z psem. Młody więc zżera moje pałeczki, którymi przed chwilą grałem i leci ale nie też tak bardzo na serio. Takie spotkanie. Park, południe, ja nic nie muszę i wszystko jeśli tylko chcę. Pani też wydaje się nie musi, tylko chce. Razem spoglądamy za jej psem. Taka więź, takie spotkanie, takie bardzo "pure", bez dąsania i wybrednych min. Bez nadymki i imponowania. Takie spokojne, miłe, ludzkie a przecież psie jakby.

Jupiler - a jednak dałem się wciągnąć. Picie tak jak życie ;) po wolutku aż do skutku.


Imponuje mi ile ludzie potrafią mówić. A jeszcze więcej pisać. Tylu filozofów, artystów, malarzy, żebraków, sierot, starców. I tylko niektórzy wydają się ważni.

A to, że właśnie teraz razem tak jakby nikomu nie potrzebne. A gdy zanika obraz świętości porządania, odradza się na nowo utopijność względności efemerycznych. I tak wciaż na nowo, bajkom się wpatrując w dno oka niewidzącego, zataczam się do kresów mojej świadomości nie widzącej. I wszystko obłudnie wyuzdane się wydaje znowu. I obraz domu wujka minionego błyszczy niczym kryształ w dupie księżniczki niewyobrażalnej tęsknoty niczyjej za wszystkim co podłościom gardzi i wzgardzając odpych od siebie nawzajem zarzucone rękoma dziecie orze burty odprawionych od setnych setek lat i włóczęg towarzyszy moich którzy obrawszy kursy na opak dopłyneli jednak do celu. A więc chwała im i kamieni kupa.

Ciao ciao bradodhsalkfjlkhasdlgjhaosdivacv kasdliuhwe;ofi lrf ahdfkahsdfjasdh;jsd;g;sdlasd,mv.,cm.v ,xzcmv;lawjdgw;ojeradfkshgajoihfuuuucjkvxzjedksfbbcvzhkfljsdnefhwiiickmvzjvliurhhhhcmn,zjsaeklwdszmx,c

Sunday, 15 November 2009

fra Belgia 2

Once I heard from my mother that she remembered the nights when she could hear the voice that scared her whispering the versus about the death. She ignored them, apparently as well not enough defined to have an answer. After the violent silence of absence she was falling asleep again. Into the kingdom of the most spectacular adventures of your life. Into the freedom of space behind the closed eyes.

Lately she smiled with a grimace when I told her about my anxiousness.

I didn't try to explain. I just fell asleep again.