DZIEŃ DZIEWIĄTY: 30.08 Gilgit - Rakaposhi View
Po czterech pelnych dniach w Gilgit, wizjach różnorodnych, wreszcie wyjechalem na drogę. Najpierw dalem skuchę i pojechalem 10km do rozjazdu, gdzie mili panowie powiedzieli, że most się zarwal i muszę wrócić do miasta, więc wrócilem. Już mialem zostać jeszcze jeden dzień w Gilgit, ale cos mnie ruszylo do przodu. Wszystko szlo pięknie, gdy najpierw musialem wyrzucić dętkę i wstawić nowo wymienioną od milego pana z Gilgit. Potem trzy jednoczesne gumy przy stacji benzynowej. I ostatnia tuż przed Ghulmet Nala w kole tylnim. Jak zaklejalem ostatnią to pól wioski Thoy mi towarzyszylo. Dwadziescia osób, a ja w srodku, a nad nami Rakaposhi. No cyrk.
Mialem spać przy Rakaposhi View Hotel, ale nie mialem namiotu, a goscie byli tak zjarani, że jak spojrzalem na jednego to aż mnie dreszcz przeszedl. Jestem w zjebistym eksluzywie, ale co tam, poranny widok będzie wart tego.
Dalik niczego sobie. Poranny kebab, ani razu nie zawiódl na trasie. I ten mily chlodek , bez mokrej koszuli co 10km. I kurwa eksluzyw! Koles chodzil kolo mnie jakbym jakims królem byl. No panowie co to za popelina. Wolę lokalne hotele, gdzie jak chcesz jesć, to w dupie mają czy jestes Polak czy król, praying time i czekasz. No i to mi się podoba. Równosć. Zanim cię obslużą, to też pare razy koles przejdzie obok ciebie, pogapi sie w TV o ile jest, podrapie się i przyniesie ci wreszcie miskę dalu. Dzisiaj dostalem miskę z dalem ale z jakims dziwnym talerzem na nie wiem co? Lokals przyniesie ci talerzyk metalowy i miękki koszyk z roti, nanem lub ciapattą. Te trzy różnią się gruboscią i porą serwowania. No bo paratha to już roti na oleju, o lekko zmodyfikowanym ksztalcie. Dobra jeszcze tylko milk-tea i w kimę wale.
Sunday, 31 August 2008
Thursday, 28 August 2008
GILGIT 26-29 08.
Okazalo się, że mamy sobie dużo do powiedzenia, posiedzenia, pojedzenia, popisania, zastanowienia, popalenia haszu, że już myslalem, że nigdy nie wyjadę z Madina Guest House. Ale wyjechalem. Ale to dopiero 30.08 w nowym poscie. A to co dzialo sie w Gilgit niech pozostanie tajemnicą.
Krótka notka efetkem dyskusji i decyzji:
Dojechalem tutaj, aby odkryć to czym jest celem i życiem. Podróż w poszukiwaniu milosci. Podróż do źródla nieskończonych energi planet, które przyciagają nas do siebie, zbliżając jednosć, która nastąpi. Podróż nieoczekiwana, zrodzona w przescieradlach moich snów o Tobie.
I tak bylo w Gilgit.
Okazalo się, że mamy sobie dużo do powiedzenia, posiedzenia, pojedzenia, popisania, zastanowienia, popalenia haszu, że już myslalem, że nigdy nie wyjadę z Madina Guest House. Ale wyjechalem. Ale to dopiero 30.08 w nowym poscie. A to co dzialo sie w Gilgit niech pozostanie tajemnicą.
Krótka notka efetkem dyskusji i decyzji:
Dojechalem tutaj, aby odkryć to czym jest celem i życiem. Podróż w poszukiwaniu milosci. Podróż do źródla nieskończonych energi planet, które przyciagają nas do siebie, zbliżając jednosć, która nastąpi. Podróż nieoczekiwana, zrodzona w przescieradlach moich snów o Tobie.
I tak bylo w Gilgit.
Monday, 25 August 2008
DZIEŃ ÓSMY: 25.08.2008 Jaglot - Gilgit
Wreszcie tu jestem. Spotkalem Lidię i Michala i nowe sily we mnie wstępują. Kąpiel pod PRYSZNICEM MANNNN!!! Próbowalem wyprać spodnie ale raczej jest to niemożliwe. Mily hotel. Chillout. Tak różny od calej drogi, którą przejechalem, aby tu dotrzeć. Dumny jeste!
A droga byla przyjemna, pomimo że rano ciężko bylo wstać. Prawie sie czulem jak w mym pokoju nad Swiatem. Spokój, cisza i sen. Jutro Inshallah pojadę, a może dopiero pojutrze.
Wreszcie tu jestem. Spotkalem Lidię i Michala i nowe sily we mnie wstępują. Kąpiel pod PRYSZNICEM MANNNN!!! Próbowalem wyprać spodnie ale raczej jest to niemożliwe. Mily hotel. Chillout. Tak różny od calej drogi, którą przejechalem, aby tu dotrzeć. Dumny jeste!
A droga byla przyjemna, pomimo że rano ciężko bylo wstać. Prawie sie czulem jak w mym pokoju nad Swiatem. Spokój, cisza i sen. Jutro Inshallah pojadę, a może dopiero pojutrze.
Sunday, 24 August 2008
DZIEŃ SIÓDMY: nie wiem który bo przestalem liczyć Chilas - Jaglot
Z Chilas jadę do Gonar Farm. Potem moscik, Indus z prawej i Jaglot. Najbrdziej wkurwiają mnie dzieci, bo inaczej tego nie można nazwać, gdy próbujesz podjechać pod wioskową górę, a za tobą biegnie koles ze zgnilymi mango i próbuje ci je wcisnąć w dlon, która akurat dziwnym trafem trzyma kierownicę.
Siedzę w kolejny, swietnym hotelu, gdzie ciężko pisać, bo tyle much lata, że glówne zajęcie to odganianie je mapą. Przyoszczędzilem 150RPS, ale za to musialem się kąpać w kiblu. Żadna różnica czy kibel wewnątrz pokoju czy na zewnątrz. No może tylko taka, że jak się kąpiesz w srodku to ci żaden koles nie wejdzie. Mi wszedl, trochę się zdziwil, ale raczej malo i se poszedl.
Czekam na cherbatę, ale kelnero-kucharz, ciężki przystojniak, cos nie pali się, żeby zlapać za odowiedni gar z mlekiem i nalać mi kapeczkę. To spojrzy na film w sali obok, to zamiesza jakis ryzyk, to pogrzebie sobie w nosie albo podrapie sie po dupie. No dobra poczekam, bo co mogę zrobić.
Dzisiaj przejeżdżalem kolo Nanga Parbat, tylko że akurat pochmurno bylo. Teraz się rozwialo, tylko nie wiem czy to co widzę to akurat Nanga Parbat. Nawet jesli to tylko jej masyw to góra jest olbrzymia i majestatycznie wyglądają jej żleby w zachodzącym Slońcu.
Jest cos niesamowitego w tej drodze. Każdy wieczór to ogromne zmęczenie. Poranki ciężkie podnoszenie się z lóżka, a potem to już tylko szaleństwo, aby tylko przejechać jeszcze następne 10km więcej.
Z Chilas jadę do Gonar Farm. Potem moscik, Indus z prawej i Jaglot. Najbrdziej wkurwiają mnie dzieci, bo inaczej tego nie można nazwać, gdy próbujesz podjechać pod wioskową górę, a za tobą biegnie koles ze zgnilymi mango i próbuje ci je wcisnąć w dlon, która akurat dziwnym trafem trzyma kierownicę.
Siedzę w kolejny, swietnym hotelu, gdzie ciężko pisać, bo tyle much lata, że glówne zajęcie to odganianie je mapą. Przyoszczędzilem 150RPS, ale za to musialem się kąpać w kiblu. Żadna różnica czy kibel wewnątrz pokoju czy na zewnątrz. No może tylko taka, że jak się kąpiesz w srodku to ci żaden koles nie wejdzie. Mi wszedl, trochę się zdziwil, ale raczej malo i se poszedl.
Czekam na cherbatę, ale kelnero-kucharz, ciężki przystojniak, cos nie pali się, żeby zlapać za odowiedni gar z mlekiem i nalać mi kapeczkę. To spojrzy na film w sali obok, to zamiesza jakis ryzyk, to pogrzebie sobie w nosie albo podrapie sie po dupie. No dobra poczekam, bo co mogę zrobić.
Dzisiaj przejeżdżalem kolo Nanga Parbat, tylko że akurat pochmurno bylo. Teraz się rozwialo, tylko nie wiem czy to co widzę to akurat Nanga Parbat. Nawet jesli to tylko jej masyw to góra jest olbrzymia i majestatycznie wyglądają jej żleby w zachodzącym Slońcu.
Jest cos niesamowitego w tej drodze. Każdy wieczór to ogromne zmęczenie. Poranki ciężkie podnoszenie się z lóżka, a potem to już tylko szaleństwo, aby tylko przejechać jeszcze następne 10km więcej.
Saturday, 23 August 2008
DZIEŃ SZÓSTY: 23.08 Sumer Nala - Chilas
I znowu malo pamiętam. Glównie asfalt, który bacznie oglądam od kilku dni, aby się nie wpierdolić w żadną dziurę. Droga glównie plaska, czyli lekkie wzniesienia i zjazdy. Do Shatial dojeżdżam w cieniu. Mala cherbatka i następny postój na check-poincie, gdzie dostaję dal z roti bo w promieniu 25km nie ma żadnej knajpy. Mili Ci żolnierze. Slońce zaczyna przypalać. W Thor poznaję milego goscia, który stawia mi kokę. Caly dzień na krzywego:). Slońce podrzewa wodę w bidonie do takiej temperatury, że prawie się parzę próbując się napić.
Chilas - duże miasto z lotniskiem. Obczajam fajny hotel, ale cena mnie odstrasza i ląduję w niezlym syfie bez lazienki za 150RPS.
Ciężkie mysli podczas drogi. Wreszcie napisalem do Lissi bo z zasięgiem w tym terenie prawie tak jak z wykwitnym zarciem. Plany na Norwegię.
A teraz siedzę i piszę w towarzystwie calej hotelowej komapniji. Stary muzulmanin modli się obok, a ja czekam na obiad, bo teraz nie ma, bo w tej częsci NA(NorthernAreas) modlą się kurwa o 7, a nie o 8 jak dzień wczesniej. No trudno. Co zrobisz buta nie zjesz. I kurwa nie nazywam sie Jacek tylko Jasek, bo tym chujom latwiej wymawiać.(PRZEPRASZAM ZA ZWROTY ALE TAK W MANUSKRYPCIE PISAL JAKIS CHAM). A co fajnie jest. Codziennie się męczę, no ale wlasnie tego chcialem. Pakistan, góry, Oscar, ja. No dobra, może chlopaki ruszymy z tym jedzonkiem, bo zglodnialem trochę.
Chcialem nawiązać rozmowę, to się pytam czy dużo osób na rowerze przejeżdża tędy. W odpowiedzi dowiaduję się, że na rowerze w restauracji nie mogę jeździć. No dobra. Jak nie, to nie będę wjeżdżal w gary.
I znowu malo pamiętam. Glównie asfalt, który bacznie oglądam od kilku dni, aby się nie wpierdolić w żadną dziurę. Droga glównie plaska, czyli lekkie wzniesienia i zjazdy. Do Shatial dojeżdżam w cieniu. Mala cherbatka i następny postój na check-poincie, gdzie dostaję dal z roti bo w promieniu 25km nie ma żadnej knajpy. Mili Ci żolnierze. Slońce zaczyna przypalać. W Thor poznaję milego goscia, który stawia mi kokę. Caly dzień na krzywego:). Slońce podrzewa wodę w bidonie do takiej temperatury, że prawie się parzę próbując się napić.
Chilas - duże miasto z lotniskiem. Obczajam fajny hotel, ale cena mnie odstrasza i ląduję w niezlym syfie bez lazienki za 150RPS.
Ciężkie mysli podczas drogi. Wreszcie napisalem do Lissi bo z zasięgiem w tym terenie prawie tak jak z wykwitnym zarciem. Plany na Norwegię.
A teraz siedzę i piszę w towarzystwie calej hotelowej komapniji. Stary muzulmanin modli się obok, a ja czekam na obiad, bo teraz nie ma, bo w tej częsci NA(NorthernAreas) modlą się kurwa o 7, a nie o 8 jak dzień wczesniej. No trudno. Co zrobisz buta nie zjesz. I kurwa nie nazywam sie Jacek tylko Jasek, bo tym chujom latwiej wymawiać.(PRZEPRASZAM ZA ZWROTY ALE TAK W MANUSKRYPCIE PISAL JAKIS CHAM). A co fajnie jest. Codziennie się męczę, no ale wlasnie tego chcialem. Pakistan, góry, Oscar, ja. No dobra, może chlopaki ruszymy z tym jedzonkiem, bo zglodnialem trochę.
Chcialem nawiązać rozmowę, to się pytam czy dużo osób na rowerze przejeżdża tędy. W odpowiedzi dowiaduję się, że na rowerze w restauracji nie mogę jeździć. No dobra. Jak nie, to nie będę wjeżdżal w gary.
DZIEŃ PIĄTY: 22.08 Pattan - Sumer Nala.
Wszystko szlo dobrze do momentu, kiedy na odcinku 8km Oscar zlapal trzy gumy. Druga tuż przy dziwnym robotniczym domku, gdzie chlopaki poczęstowali mnie milk-tea i ostro asystowali przy powrocie Oscara na drogę.
Dojazd z Pattanu do Dassu to kontynuacja góra-dól nad Indusem. Z Dassu droga biegla tuż przy rzece i raczej plasko, jeżeli można tak powiedzieć o Karakorum Highway. Niesamowite piękno drogi. Dookola olbrzymie góry i tylko Oscar i ja.
Wszystko szlo dobrze do momentu, kiedy na odcinku 8km Oscar zlapal trzy gumy. Druga tuż przy dziwnym robotniczym domku, gdzie chlopaki poczęstowali mnie milk-tea i ostro asystowali przy powrocie Oscara na drogę.
Dojazd z Pattanu do Dassu to kontynuacja góra-dól nad Indusem. Z Dassu droga biegla tuż przy rzece i raczej plasko, jeżeli można tak powiedzieć o Karakorum Highway. Niesamowite piękno drogi. Dookola olbrzymie góry i tylko Oscar i ja.
Friday, 22 August 2008
DZIEŃ CZWARTY: 21.08
A mialo być krótko :). Dal z roti dodal otuchy po niedoszlym ukamieniowaniu przez jebane dzieci Pakistamu.
Przejazd przez Indus. Wpis do księgi ewidencyjnej tuż pod Jackiem Telerem, który wracal tą drogą z K2 3 dni wczesniej. Nowe sily wypelniają mnie po brzegi. Besham okazuje się taką dziurą, że przejeżdżam je zamykając oczy i wjeżdżam na cienką nitkę nazywaną przez niektórych KarkorumHighway, i przez góry przejeżdżam do Pattanu. Okazuje się, że tam tylko jeden hotel jest i manager zaskakuje mnie ceną 2100RPS. Rozmawiamy chwilę i jak dowiaduje się, że przejechalem dzisiaj 90km to dostaję nice price 300RPS i zaprasza mnie na kolację. Gdy przekraczam próg pokoju, który jest tak eksluzywny, że przecieram oczy, za moimi plecami zaczyna się BURZA. I to burza Pakistańska. Drzewa gnie do ziemi a piachem tak sypie po oczach, że nawet nie można zdjęcia zrobić. Patrzę w miejsce gdzie pwinna być droga a tam tylko kurz i kamienie latają. No to udalo mi się.
I ta kolacja - ryz z wazywami i chinski kurczak. I mam przyjaciela nowego:)
A mialo być krótko :). Dal z roti dodal otuchy po niedoszlym ukamieniowaniu przez jebane dzieci Pakistamu.
Przejazd przez Indus. Wpis do księgi ewidencyjnej tuż pod Jackiem Telerem, który wracal tą drogą z K2 3 dni wczesniej. Nowe sily wypelniają mnie po brzegi. Besham okazuje się taką dziurą, że przejeżdżam je zamykając oczy i wjeżdżam na cienką nitkę nazywaną przez niektórych KarkorumHighway, i przez góry przejeżdżam do Pattanu. Okazuje się, że tam tylko jeden hotel jest i manager zaskakuje mnie ceną 2100RPS. Rozmawiamy chwilę i jak dowiaduje się, że przejechalem dzisiaj 90km to dostaję nice price 300RPS i zaprasza mnie na kolację. Gdy przekraczam próg pokoju, który jest tak eksluzywny, że przecieram oczy, za moimi plecami zaczyna się BURZA. I to burza Pakistańska. Drzewa gnie do ziemi a piachem tak sypie po oczach, że nawet nie można zdjęcia zrobić. Patrzę w miejsce gdzie pwinna być droga a tam tylko kurz i kamienie latają. No to udalo mi się.
I ta kolacja - ryz z wazywami i chinski kurczak. I mam przyjaciela nowego:)
Wednesday, 20 August 2008
DZIEŃ TRZECI: 20.08.2008
Piękna data. Mansehra - Batagram.
Pierwsze 24km w przyjemnym terenie up&down. Kolejny etap okazal się przeważającym podjazdem na odcinku 25km (sic!). Z Scharkul to już cudowne 17km zjazdu górami z widokiem na tarasowe zamieszkale wzgórza. Meksyk. Zmęczony jestem i pierdolę pisanie.
Jestem w Batagram, w hoteliku u lokalnego przywódcy partii jakiejstam. Syf, kila, ale goscie mili. Oprócz mnie mieszkają tutaj Pasztuni z Afganistanu i kilku przemytników. Miasto zniszczone przez Earthquake(oryginalna nazwa z mapy) z 2005 roku. Widok z ulicy - siedzą goscie, piją herbatkę na pierwszym piętrze w pokoju, który teraz jest tarasem. I tak co drugi dom. Wnętrznosci mieszają się z ulicą.
Piękna data. Mansehra - Batagram.
Pierwsze 24km w przyjemnym terenie up&down. Kolejny etap okazal się przeważającym podjazdem na odcinku 25km (sic!). Z Scharkul to już cudowne 17km zjazdu górami z widokiem na tarasowe zamieszkale wzgórza. Meksyk. Zmęczony jestem i pierdolę pisanie.
Jestem w Batagram, w hoteliku u lokalnego przywódcy partii jakiejstam. Syf, kila, ale goscie mili. Oprócz mnie mieszkają tutaj Pasztuni z Afganistanu i kilku przemytników. Miasto zniszczone przez Earthquake(oryginalna nazwa z mapy) z 2005 roku. Widok z ulicy - siedzą goscie, piją herbatkę na pierwszym piętrze w pokoju, który teraz jest tarasem. I tak co drugi dom. Wnętrznosci mieszają się z ulicą.
Tuesday, 19 August 2008
DZIEŃ DRUGI:
Powtórka poranka. Bląd logistyczny i zanim dojeżdżam do Havelian malo nie tracę swiadomosci od nadmiaru Slońca. Wytchnienie znajduję w restauracji dla driver'sów i lokalsów. Muszę poczekać 40 minut bo kucharz nie zacząl jeszcze lepić roti. No to czekam, piję kokę, palę ostatnie resztki Virgini i schnę.
Targuję się z chlopcem z przeciwka, który ma tak blękitne oczy i nordyckie rysy twarzy, że nawet nie myslę kto byl jego ojcem. Zapewniam go, że przejdę na muzulmanizm i odpuszcza mi 10RPS(rupi). Tanio się sprzedalem Mohammedowi.
Godzina już 14:30 a ja dopiero przejechalem 20km. Mansehra wydaje się odleglym snem. Mysli do glowy przychodzą, czy może jakis autobusik. Dopalam skręta i wsiadam na Oscara. Tabliczki informują, że już tylko 11km do Abbottabad. Cos pamietam, że jakis zjazd mial być. Zjazd okazuje się podjazdem i to mocnym i dlugim - 9km i 500m różnicy wzniesień. Przelęcz na mapie też zapowiadala jakis zjazd. Miasto jest na samej górze. Zatrzymuję się przy Hotelu i mokry, jakby ktos mnie oblal wiadrem wody, pytam goscia czy jest toaleta. Orzeźwienie, papierosek i przede mną 25km do Mansehry. Gosć straszy, że podjazd jeszcze gorszy. TopAir orzeźwia za każdym razem, a zjazd daje sily na kolejny podjazd. Rewelacyjne dwie godziny jazdy z usmiechem na twarzy i okrzykiem zwycięstwa, że Tu jestem i że robię to w dzień urodzin Lissi.
ps. dzień wczesniej spotkalem goscia na motorze, pogadalismy troche, powiedzial ze jak bede czegos potrzebowal, zebym dzwonil a on przyjedzie. Po 24 godzinach przejezdzajac przez Abbottabad widze kontem oka ze ktos mnie podjezdza. Obracam glowe i widze tego samego goscia. Zobaczyl mnie z na przeciwka i zawrocil zeby zapytac jak sie jedzie i czy wszystko w porzadku. Co za Ludzie!!! Auuuuuuuuu
Powtórka poranka. Bląd logistyczny i zanim dojeżdżam do Havelian malo nie tracę swiadomosci od nadmiaru Slońca. Wytchnienie znajduję w restauracji dla driver'sów i lokalsów. Muszę poczekać 40 minut bo kucharz nie zacząl jeszcze lepić roti. No to czekam, piję kokę, palę ostatnie resztki Virgini i schnę.
Targuję się z chlopcem z przeciwka, który ma tak blękitne oczy i nordyckie rysy twarzy, że nawet nie myslę kto byl jego ojcem. Zapewniam go, że przejdę na muzulmanizm i odpuszcza mi 10RPS(rupi). Tanio się sprzedalem Mohammedowi.
Godzina już 14:30 a ja dopiero przejechalem 20km. Mansehra wydaje się odleglym snem. Mysli do glowy przychodzą, czy może jakis autobusik. Dopalam skręta i wsiadam na Oscara. Tabliczki informują, że już tylko 11km do Abbottabad. Cos pamietam, że jakis zjazd mial być. Zjazd okazuje się podjazdem i to mocnym i dlugim - 9km i 500m różnicy wzniesień. Przelęcz na mapie też zapowiadala jakis zjazd. Miasto jest na samej górze. Zatrzymuję się przy Hotelu i mokry, jakby ktos mnie oblal wiadrem wody, pytam goscia czy jest toaleta. Orzeźwienie, papierosek i przede mną 25km do Mansehry. Gosć straszy, że podjazd jeszcze gorszy. TopAir orzeźwia za każdym razem, a zjazd daje sily na kolejny podjazd. Rewelacyjne dwie godziny jazdy z usmiechem na twarzy i okrzykiem zwycięstwa, że Tu jestem i że robię to w dzień urodzin Lissi.
ps. dzień wczesniej spotkalem goscia na motorze, pogadalismy troche, powiedzial ze jak bede czegos potrzebowal, zebym dzwonil a on przyjedzie. Po 24 godzinach przejezdzajac przez Abbottabad widze kontem oka ze ktos mnie podjezdza. Obracam glowe i widze tego samego goscia. Zobaczyl mnie z na przeciwka i zawrocil zeby zapytac jak sie jedzie i czy wszystko w porzadku. Co za Ludzie!!! Auuuuuuuuu
DZIEŃ PIERWSZY: 18.08
Kaszel, katar i sraka. Opóźnienie spowodowane milym spędzeniem czasu podczas zgrywania muzyki z Peterem.
Wielka niewiadoma i start o godzinie 10:30 w najbardziej nieodpowiedniej godzinie dnia.
Przez większą częsć drogi do Taxili smród spalin i dźwięki fantazji Pakistańskich klaksonów. Wyjazd z Taxili i mysl o klęsce. Jedna koka więcej i zatrzymują mnie dopiero Afgani mieszkający gdzies w srodku Pakistanu na cherbatkę, fajeczkę i MountainDew. Boczna droga z Taxili do Haripur okazuje się urokliwa, bez trafiku, ale za to cala w dziurach. Na jednej lapię gumę i zaczynam, przygodę pod tytulem zalep dziurę Pakistańskim klejem i instrukcją obslugi. Przy trzeciej próbie trzyma. Haripur okazuje się tuż za wzgórzem. Ląduję w jakims obskurwie i kimam.
Kaszel, katar i sraka. Opóźnienie spowodowane milym spędzeniem czasu podczas zgrywania muzyki z Peterem.
Wielka niewiadoma i start o godzinie 10:30 w najbardziej nieodpowiedniej godzinie dnia.
Przez większą częsć drogi do Taxili smród spalin i dźwięki fantazji Pakistańskich klaksonów. Wyjazd z Taxili i mysl o klęsce. Jedna koka więcej i zatrzymują mnie dopiero Afgani mieszkający gdzies w srodku Pakistanu na cherbatkę, fajeczkę i MountainDew. Boczna droga z Taxili do Haripur okazuje się urokliwa, bez trafiku, ale za to cala w dziurach. Na jednej lapię gumę i zaczynam, przygodę pod tytulem zalep dziurę Pakistańskim klejem i instrukcją obslugi. Przy trzeciej próbie trzyma. Haripur okazuje się tuż za wzgórzem. Ląduję w jakims obskurwie i kimam.
Monday, 18 August 2008
TRESCI ZAWARTE W TYM BLOGU DLA NIEKTORYCH MOGA WYDAC SIE PRYMITYWNE I ODSTRECZAJACE. ZACHECAM JEDNAK DO LEKTURY I POZNANIA PSYCHIKI KOGOS KTO JEDZIE OSCAREM PRZEZ POLNOCNY PAKISTAN. TAK TUTAJ JEST DLA MNIE WLASNIE. WIEC RODZINO JAK BEDZIESZ CZYTALA TO BEZ UWAG!!! ZE PRYMITYW ALBO COS BO JUZ PRACA NAPISANA I MOZE NIEDLUGO MGR BEDZIE W RODZINIE NOWY. TYTULEM WSTEPU. ZAPRASZAM DO LEKTURY:) JAC
Subscribe to:
Posts (Atom)