Saturday, 23 August 2008

DZIEŃ SZÓSTY: 23.08 Sumer Nala - Chilas

I znowu malo pamiętam. Glównie asfalt, który bacznie oglądam od kilku dni, aby się nie wpierdolić w żadną dziurę. Droga glównie plaska, czyli lekkie wzniesienia i zjazdy. Do Shatial dojeżdżam w cieniu. Mala cherbatka i następny postój na check-poincie, gdzie dostaję dal z roti bo w promieniu 25km nie ma żadnej knajpy. Mili Ci żolnierze. Slońce zaczyna przypalać. W Thor poznaję milego goscia, który stawia mi kokę. Caly dzień na krzywego:). Slońce podrzewa wodę w bidonie do takiej temperatury, że prawie się parzę próbując się napić.
Chilas - duże miasto z lotniskiem. Obczajam fajny hotel, ale cena mnie odstrasza i ląduję w niezlym syfie bez lazienki za 150RPS.
Ciężkie mysli podczas drogi. Wreszcie napisalem do Lissi bo z zasięgiem w tym terenie prawie tak jak z wykwitnym zarciem. Plany na Norwegię.
A teraz siedzę i piszę w towarzystwie calej hotelowej komapniji. Stary muzulmanin modli się obok, a ja czekam na obiad, bo teraz nie ma, bo w tej częsci NA(NorthernAreas) modlą się kurwa o 7, a nie o 8 jak dzień wczesniej. No trudno. Co zrobisz buta nie zjesz. I kurwa nie nazywam sie Jacek tylko Jasek, bo tym chujom latwiej wymawiać.(PRZEPRASZAM ZA ZWROTY ALE TAK W MANUSKRYPCIE PISAL JAKIS CHAM). A co fajnie jest. Codziennie się męczę, no ale wlasnie tego chcialem. Pakistan, góry, Oscar, ja. No dobra, może chlopaki ruszymy z tym jedzonkiem, bo zglodnialem trochę.
Chcialem nawiązać rozmowę, to się pytam czy dużo osób na rowerze przejeżdża tędy. W odpowiedzi dowiaduję się, że na rowerze w restauracji nie mogę jeździć. No dobra. Jak nie, to nie będę wjeżdżal w gary.

No comments: