Sunday, 24 August 2008

DZIEŃ SIÓDMY: nie wiem który bo przestalem liczyć Chilas - Jaglot

Z Chilas jadę do Gonar Farm. Potem moscik, Indus z prawej i Jaglot. Najbrdziej wkurwiają mnie dzieci, bo inaczej tego nie można nazwać, gdy próbujesz podjechać pod wioskową górę, a za tobą biegnie koles ze zgnilymi mango i próbuje ci je wcisnąć w dlon, która akurat dziwnym trafem trzyma kierownicę.
Siedzę w kolejny, swietnym hotelu, gdzie ciężko pisać, bo tyle much lata, że glówne zajęcie to odganianie je mapą. Przyoszczędzilem 150RPS, ale za to musialem się kąpać w kiblu. Żadna różnica czy kibel wewnątrz pokoju czy na zewnątrz. No może tylko taka, że jak się kąpiesz w srodku to ci żaden koles nie wejdzie. Mi wszedl, trochę się zdziwil, ale raczej malo i se poszedl.
Czekam na cherbatę, ale kelnero-kucharz, ciężki przystojniak, cos nie pali się, żeby zlapać za odowiedni gar z mlekiem i nalać mi kapeczkę. To spojrzy na film w sali obok, to zamiesza jakis ryzyk, to pogrzebie sobie w nosie albo podrapie sie po dupie. No dobra poczekam, bo co mogę zrobić.
Dzisiaj przejeżdżalem kolo Nanga Parbat, tylko że akurat pochmurno bylo. Teraz się rozwialo, tylko nie wiem czy to co widzę to akurat Nanga Parbat. Nawet jesli to tylko jej masyw to góra jest olbrzymia i majestatycznie wyglądają jej żleby w zachodzącym Slońcu.

Jest cos niesamowitego w tej drodze. Każdy wieczór to ogromne zmęczenie. Poranki ciężkie podnoszenie się z lóżka, a potem to już tylko szaleństwo, aby tylko przejechać jeszcze następne 10km więcej.

No comments: