Ostatnie promienie dnia próbują przebić się przez wysokie mury starego miasta rozpraszając się na unoszącym kebabowym dymie. Wieczór powoli wkrada się w wąskie ciemne uliczki, a ludzie wyczekują syreny, która oglosi koniec Ramazanu i początek Iftar’u. Słysząc upragniony dźwięk wszyscy zaczynają popijać wodę, rwać rotti i jeść wieczerzę. Siedzę na ławeczce tuż obok biura podróży, z którym mam jechać do Chitral. Zajadam roti popijając 7’upem i przepalając fajką. Wreszcie koniec napięcia, które panuje podczas dnia i wszyscy spokojnie mogą wrócić do normalnego trybu żywieniowo-ulicznego. Podczas dnia odczuwam brak pełni, czegoś brakuje, ludzie chodzą dookoła, kupują, sprzedają, kłócą się, rozmawiają, ale brak czegokolwiek w ludzkiej ręce, co mogłoby trafić do ust jest nad wyraz odczuwalne.
Gdy kończę swoją kolację, w miejscu skąd mamy pojechać na dworzec zbiera się dwadzieścia osób i wszyscy jadą do Chitral. Podchodzi do mnie kilku gości i gawędzimy sobie o Pakistanie, Chitral, studiach, itp. Na dworcu chaos niekontrolowany. Sprzedali za dużo biletów i teraz nie wiedzą co zrobić z tymi wszystkimi wyczekującymi wsiąść do któregoś z dwóch busów. Ja chodzę pomięzy dwoma busami, bo nikt mnie nie chce zabrać do środka. Wreszcie nerwy mi puszczają i klnę w niebogłosy do gościa, żeby nie odpieerdalał tylko wziął mój plecak. O dziwo zrozumiał polski i zadziałało. Po godzinnych krzykach, prośbach, groźbach jakimś cudem wszyscy zostali zapakowani i siedzimy czekając na odjazd. I w moim trzy osobowym rzędzie siedzimy tylko we dwójkę. No meksyk myślę sobie. Po dziesięciu minutach zatrrzymujemy się w szczerym polu Peshawaru i do naszego busa dosiada się jeszcze osiem osób. No i meksyk się skończył. Siedzimy ściśnięci jak sardynki, po pietnastu minutach czuję jak drętwieje mi dupa i tak przez następne dwanaście godzin. Po tybetańskiej ciężarówce, kirgistańskim stopie i kazachskim pociągu myślałem, że już nic mnie nie zaskoczy i może być już tylko lepiej. O ja naiwny. Dwanaście godzin w busie to jedna z moich gorszych podróży. Jak już wreszcie zasnąłęm na chwilę, gość mnie budzi o trzeciej nad ranem, że przerwa i żebym poszedł coś zjeść. Czekamy tak jak inne busy i ciężarówki do piątej, bo wszyscy boją się lokalnych janosików i odjeżdżamy wreszcie po tym jak patrol poliscji sprawdza całą drogę przez przełęcz. Dzień wstaje szybko i poranne Słońce sprawia, że rozpływam się w snach na jawie, widząc w kosmyku włosów przede mną twarz Uli. Sen nie należy do wymarzonych, bo kierowca ściga się z drugim busem i przy bardziej gwałtownych skrętach walę z całym impetem moją bezwładną głową w szybę. Do Chitral już tylko 40km, ale nie mogę opanować snu i średnio co pięć minut rozbrzmiewa huk mojej czaszki i coraz większe guzy wyrastają na mojej głowie. Gdy zasypiam po raz ostatni budzę się w ramionach mojego współkompana podróży, który zlitował się nade mną i przytulił do siebie, żebym przypadkiem przy kolejnym uderzeniu nie znalazł się na zewnątrz. Więc się budzę, gość mnie obejmuje, głaszcze po czole i jest mi tak dobrze i bezpiecznie że nie wyrywam się z jego uścisku. Gdy czuję jego ciepłą dłoń, od razu odfruwam do lipcowego popołudnia w Tromsoo, kiedy podczas festiwalu, na którym byłem wolontariuszem, poszedłem spotkać się z Lissią. Słońce rozpływało się po ludziach, na scenie kolejny country-rock frontmen próbował porwać publikę, a ja leżałem na kolanach Lissi, a ona delikatnie i z mocą swojej wrażliwości masowała mnie po głowei. W dotyku tego muzumanina była obecna również.
W Chitral próbuję się schować przed fanatykami i znajduję przepiękny ogród ze starymi klonami. Liście powoli transformują sie już w odcienie jesieni, pies podchodzi żebym dał mu trochę ciepła i czuję sie tak jakbym siedział nad bielawskim jeziorem. Cały świat wewnątrz mnie ożywa przez kolejne zbiegi okoliczności. Czytam, palę i pomimo nieprzespanej nocy wyruszan do dolin Kalaszów.
W jeep’ie na osiem osób tylko jeden Kalasz. Obok niego jego kopia, te same rysy twarzy, identyczny układ r ąk, ale ten drugi już z długą brodą nowomuzumanin. Słowa Michała o umierającej kulturze Kalaszów wypieranej prze Islam wzbudzają we mnie burzę gniewu i mam ochotę wykrzyczeć swoją złość na zdrajców kultury. Oczywiście kierowca wysadza mnie pod muzumańskim hotelem. Szybki rekonesans Lonely Planet i schodzę w poszukiwaniu hotelu kalszowego. Spotykam Butu, który zabiera mnie do swojego guest housu z ogrodem, w którym panuje iście nie muzułmańska atmosfera. Córki Butu chodzą w tradycyjnych stroach, domy przypominają swoją architekturą te z Tybetu, a dookoła panuje klimat animistycznej kultury. Tylko co kilka godzin sielankę zakłóca muezin swoim płaczliwym głosem. Pomimo zmęczenia czytam „Bride” do późnego wieczoru, który kończy się kolacją i szklaneczką lokalnego wina. Na moment zapominam, że jestem w Islamskiej Republice Pakistanu i delektuję się nocą.