Właśnie siedzimy w biurze reporterów i głównej siedzibie gazety, którą wydają. Przede mną dwa stare monitory, na biurku jeszcze jeden już działający, zeszyty pełne wpsiów turystów i zdjęcia, które Prince cały czas przegląda. Półmrok roztacza się dookoła, pomimo że całe pomieszczenie jest wielkości kwadratu o boku trzech metrów. Hiperaktywny Prince cały czas coś załatwia, dzwoni, pisze maile, nowe idee rodzą się w jego przebiegłym umyśle, a i tak znajdzie chwilę, żeby wyskoczyć na krótką modlitwę do meczetu. Nad nami wiatrak próbuje rozrzedzić powietrze, które się zrobiło trochę duszne po tym jak chłopaki obwieźli mnie po atrakcjach miasta i teraz czekają na swoją zapłatę. Tylko mi się nie spieszy, żeby im tak od razu płacić. Dekorację ciężarówek to jeszcze rozumiem, refugge camp to ceglarnia po której biegają dzieciaki i pomimo, że ich rodzice już nie pamiętają krajobrazu ojczystego miasta to wszystkie dumnie odpowiadają, że są z Kabulu. Targ szmuglerów to jakieś obejście lokalnego bosa, przed wejściem stoji gość z karabinem, a do środka co chwilę ktoś przynosi mi pokazać haszysz, opium, pen-gun’a i kilka karabinów. No fajne zabawki, ale gdzie urok mrokliwych uliczek. Prince i Hussein odgrywają jakąś szopkę z chowaniem karty pamięci i każą mi ściągnąć mój lokalny beret, żeby nas policja nie zatrzymała, bo jak wszyscy dookoła twierdzą jestem Talibem. A ja tylko 200 lewych dolców kupiłem.
Czekam w siedzibie prasy na nocny autobus do Chitral. Wszyscy twierdzą, że super bezpiecznie jest, tylko wczoraj jak jeden gość opowiadał o swojej podróży stamtąd w dzień to mało się nie zesrał ze strachu. Poczekamy, zobaczymy.
No comments:
Post a Comment