Wednesday, 3 September 2008

DZIEŃ DWÓNASTY: 02.09 Dhee - Koksi (przez Khunjerab Pass)

Skończylem. Uczucie szczęscia i samorealizacji.

Noc spędzona w oficerskiej sali telewizyjnej, klujące plóca, wszystko obolale. Zacząlem o 8:30 i do pierwszego check-pointu jakos szlo. Problemy z oddychaniem zaczęly się po kolejnych 18km. Droga i niekończące się na przemian zachądzące na siebie na horyzoncie góry. Tak jakby się mialy nigdy nie skończyć. Checkpoint w Kosksil i mysli o jak najszybszym transporcie na dól. Goscie sprawdzają mój paszport, aja siedzę na krzesle i kimam, bo tak malo powietrza. Po drzemce kolejne 17km z przewyzszeniem 1100m z 3600 na 4700 wydają się niemożliwe. Wsiadam do autobusu i wyjeżdżam na przelęcz. Trochę mi tak nieswojo, że nie podjechalem, ale moje plóca i drętwiejące ręce byly ważniejsze w tamtym momencie. Za to zjazd to podsumowanie piękna jakie można uzyskać z polaczenia Oscara i gór wysokich. Co za klimat.
I znowu siedzę u gosci w Koksil i szczęsliwy jestem, że marzenia się spelniają. Nowa wiara wstąpila w kolejny szalony plan jakim jest przeplynięcie Pacyfiku. Ale może najpierw zjem cos ze strażnikami i pochodzę po górach i porobię foty:)

2 comments:

samoha said...

Jezeli spelniane szalonych planow
W POJEDYNKE nie jest koniecznym
i jedynym warunkiem - masz wlasnie kompana! pozdrawiam

Cyrylski said...

No stary. Gratuluję. To naprawdę inspirujące. Przeczytałem jednym tchem. Świetna sprawa!

pozdro!