Śniadanie i gangsterska fałszerka udały się nad wyraz dobrze, pomimo że słysząc, że mój walutnik pójdzie do banku sprawdzić autentyczność studolarówki serce zaczęło mi trochę szybciej bić i to nie ze względu na wypalane w ilościach ogromnych papierosy. Kolejne spotkanie i obcowanie z individuuami tego świata się zakończyło.
Wbiegam do jeepa do Mastuj bo wydaje mi się że zaraz ruszy. I siedzę w metalowej skrzynce, która nagrzewa się do kilkudziesięciu stopni i tlen w jakiś mistyczny sposób z niej ucieka. Dookołą masa jeepóe – taki dowrzec jeepowy. Nagle ktoś zaczyna trąbić, wszyscy krzyczą jak to w Pakistanie i nie wiedzieć czemu, z połową wolnych miejsc odjeżdżamy. Okazuje się, że przystankóww Chitral na których dosiadają soę kolejne osoby jest więcej niż ten w środku bazaru. Gdy już ostatni amigo z porcelanowymi szklankami sadowi się koło mnie rozpychając się jak jakiś maharadża, po godzinie jeżdżenia w kółko, kierowca wreszcie obiera kierunek na północ.
Po kilkudziesięciu kilometrach asfalt się kończy i wjeżdżamy na przepięknie niebezbiecznną szutrową drogę szerokości naszego wehikułu szos. Zagubieni w Hindukuszu próbujemy wykraść kolejne kilometry skaroy, zwanej dalej drogą, a ja siedząc przy oknie mam rewelacyjny widok na turkusową rzekę, która rzeźbi dolinę kilkaset metrów poniżej. Krajonraz baśniowy.
Kierowca nie obliczył dokładnie paliwa i widząc na horyzoncie Mastuj zatrzymujemy się w szczerym pakistańskim polu, a raczej pustynnej wyżynie. Z pomocą przyjeżdża ciężarówka, z której chłopaki upuścili kilka brakujących litrów. Gdy już wreszcie ruszyliśmy, dziecko które przez całą drogę płakało, zaczęło naprawdę smutno zawodzić, przy kolejnych podskokach jeepa na drodze, z której już widziałem jak spadamy w dół, odkręciło się lusterko i z gracją uwalniając się z uścisków śrób spadło pod nogi kierowcy. Absurdalny komizm połechtał mnie uśmiechem. Dojechaliśmy wreszcie do normalnej drogi i koła naszego jeepa zostały skierowane prosto na stację. Przy automacie napędzanym siła mięśni młodego pakistańczyka, na którego skroni błyszczało nazwisko włoskiego kreatora mody, zatankowaliśmy za 500RPS i na ręcznie odpisanym cenniku, który wskazywał jak byk 7,3 litra byliśmy gotowi do zakończenia naszej długiej i męczącej podróży.
No comments:
Post a Comment