Monday, 29 September 2008

Breakfast mit Hans und Tobias

O czwartej rano nie mogąc spać po tym jak obudził mnie Hans szukając drzwi, aby oddać kalaskiej kulturze jej najlepsze 40% winogrona, równania matematyczne spłynęly do mnie jak spowiedź z ostatnich sześciu lat. Zobaczyłem raz jeszcze różniczki, całki, układy scalone i uczucie że jednak czegoś mnie nauczyli i że się cieszę było oczyszczające. Gdy już wreszcie zasnąłem Hans obudził mnie robiąc zamieszanie wykrzukując swoje Tapu Pasz Busz. Gdy cienie nocy zanikały my już piliśmy poranną kawę czekając na jeep’a.
Śniadanie i gangsterska fałszerka udały się nad wyraz dobrze, pomimo że słysząc, że mój walutnik pójdzie do banku sprawdzić autentyczność studolarówki serce zaczęło mi trochę szybciej bić i to nie ze względu na wypalane w ilościach ogromnych papierosy. Kolejne spotkanie i obcowanie z individuuami tego świata się zakończyło.
Wbiegam do jeepa do Mastuj bo wydaje mi się że zaraz ruszy. I siedzę w metalowej skrzynce, która nagrzewa się do kilkudziesięciu stopni i tlen w jakiś mistyczny sposób z niej ucieka. Dookołą masa jeepóe – taki dowrzec jeepowy. Nagle ktoś zaczyna trąbić, wszyscy krzyczą jak to w Pakistanie i nie wiedzieć czemu, z połową wolnych miejsc odjeżdżamy. Okazuje się, że przystankóww Chitral na których dosiadają soę kolejne osoby jest więcej niż ten w środku bazaru. Gdy już ostatni amigo z porcelanowymi szklankami sadowi się koło mnie rozpychając się jak jakiś maharadża, po godzinie jeżdżenia w kółko, kierowca wreszcie obiera kierunek na północ.
Po kilkudziesięciu kilometrach asfalt się kończy i wjeżdżamy na przepięknie niebezbiecznną szutrową drogę szerokości naszego wehikułu szos. Zagubieni w Hindukuszu próbujemy wykraść kolejne kilometry skaroy, zwanej dalej drogą, a ja siedząc przy oknie mam rewelacyjny widok na turkusową rzekę, która rzeźbi dolinę kilkaset metrów poniżej. Krajonraz baśniowy.
Kierowca nie obliczył dokładnie paliwa i widząc na horyzoncie Mastuj zatrzymujemy się w szczerym pakistańskim polu, a raczej pustynnej wyżynie. Z pomocą przyjeżdża ciężarówka, z której chłopaki upuścili kilka brakujących litrów. Gdy już wreszcie ruszyliśmy, dziecko które przez całą drogę płakało, zaczęło naprawdę smutno zawodzić, przy kolejnych podskokach jeepa na drodze, z której już widziałem jak spadamy w dół, odkręciło się lusterko i z gracją uwalniając się z uścisków śrób spadło pod nogi kierowcy. Absurdalny komizm połechtał mnie uśmiechem. Dojechaliśmy wreszcie do normalnej drogi i koła naszego jeepa zostały skierowane prosto na stację. Przy automacie napędzanym siła mięśni młodego pakistańczyka, na którego skroni błyszczało nazwisko włoskiego kreatora mody, zatankowaliśmy za 500RPS i na ręcznie odpisanym cenniku, który wskazywał jak byk 7,3 litra byliśmy gotowi do zakończenia naszej długiej i męczącej podróży.

No comments: