DZIEŃ DRUGI:
Powtórka poranka. Bląd logistyczny i zanim dojeżdżam do Havelian malo nie tracę swiadomosci od nadmiaru Slońca. Wytchnienie znajduję w restauracji dla driver'sów i lokalsów. Muszę poczekać 40 minut bo kucharz nie zacząl jeszcze lepić roti. No to czekam, piję kokę, palę ostatnie resztki Virgini i schnę.
Targuję się z chlopcem z przeciwka, który ma tak blękitne oczy i nordyckie rysy twarzy, że nawet nie myslę kto byl jego ojcem. Zapewniam go, że przejdę na muzulmanizm i odpuszcza mi 10RPS(rupi). Tanio się sprzedalem Mohammedowi.
Godzina już 14:30 a ja dopiero przejechalem 20km. Mansehra wydaje się odleglym snem. Mysli do glowy przychodzą, czy może jakis autobusik. Dopalam skręta i wsiadam na Oscara. Tabliczki informują, że już tylko 11km do Abbottabad. Cos pamietam, że jakis zjazd mial być. Zjazd okazuje się podjazdem i to mocnym i dlugim - 9km i 500m różnicy wzniesień. Przelęcz na mapie też zapowiadala jakis zjazd. Miasto jest na samej górze. Zatrzymuję się przy Hotelu i mokry, jakby ktos mnie oblal wiadrem wody, pytam goscia czy jest toaleta. Orzeźwienie, papierosek i przede mną 25km do Mansehry. Gosć straszy, że podjazd jeszcze gorszy. TopAir orzeźwia za każdym razem, a zjazd daje sily na kolejny podjazd. Rewelacyjne dwie godziny jazdy z usmiechem na twarzy i okrzykiem zwycięstwa, że Tu jestem i że robię to w dzień urodzin Lissi.
ps. dzień wczesniej spotkalem goscia na motorze, pogadalismy troche, powiedzial ze jak bede czegos potrzebowal, zebym dzwonil a on przyjedzie. Po 24 godzinach przejezdzajac przez Abbottabad widze kontem oka ze ktos mnie podjezdza. Obracam glowe i widze tego samego goscia. Zobaczyl mnie z na przeciwka i zawrocil zeby zapytac jak sie jedzie i czy wszystko w porzadku. Co za Ludzie!!! Auuuuuuuuu
Tuesday, 19 August 2008
Subscribe to:
Post Comments (Atom)
No comments:
Post a Comment