Sunday, 31 August 2008

DZIEŃ DZIEWIĄTY: 30.08 Gilgit - Rakaposhi View

Po czterech pelnych dniach w Gilgit, wizjach różnorodnych, wreszcie wyjechalem na drogę. Najpierw dalem skuchę i pojechalem 10km do rozjazdu, gdzie mili panowie powiedzieli, że most się zarwal i muszę wrócić do miasta, więc wrócilem. Już mialem zostać jeszcze jeden dzień w Gilgit, ale cos mnie ruszylo do przodu. Wszystko szlo pięknie, gdy najpierw musialem wyrzucić dętkę i wstawić nowo wymienioną od milego pana z Gilgit. Potem trzy jednoczesne gumy przy stacji benzynowej. I ostatnia tuż przed Ghulmet Nala w kole tylnim. Jak zaklejalem ostatnią to pól wioski Thoy mi towarzyszylo. Dwadziescia osób, a ja w srodku, a nad nami Rakaposhi. No cyrk.
Mialem spać przy Rakaposhi View Hotel, ale nie mialem namiotu, a goscie byli tak zjarani, że jak spojrzalem na jednego to aż mnie dreszcz przeszedl. Jestem w zjebistym eksluzywie, ale co tam, poranny widok będzie wart tego.
Dalik niczego sobie. Poranny kebab, ani razu nie zawiódl na trasie. I ten mily chlodek , bez mokrej koszuli co 10km. I kurwa eksluzyw! Koles chodzil kolo mnie jakbym jakims królem byl. No panowie co to za popelina. Wolę lokalne hotele, gdzie jak chcesz jesć, to w dupie mają czy jestes Polak czy król, praying time i czekasz. No i to mi się podoba. Równosć. Zanim cię obslużą, to też pare razy koles przejdzie obok ciebie, pogapi sie w TV o ile jest, podrapie się i przyniesie ci wreszcie miskę dalu. Dzisiaj dostalem miskę z dalem ale z jakims dziwnym talerzem na nie wiem co? Lokals przyniesie ci talerzyk metalowy i miękki koszyk z roti, nanem lub ciapattą. Te trzy różnią się gruboscią i porą serwowania. No bo paratha to już roti na oleju, o lekko zmodyfikowanym ksztalcie. Dobra jeszcze tylko milk-tea i w kimę wale.

No comments: