Wednesday, 15 October 2008

Bardzo długi ale ciekawy post bez zdjęć

No i skończyły się manifesty, bo mój ulubiony czerwony długopis się wypisał. Teraz zalewam kartki smutną czernią. No trudno, piszę bo i co mam zrobić. Już za kilkanaście godzin Beijing, aż nie mogę się doczekać. Ostatnie dwa dni spędziłem na couchu u Janka, wysokiego, szczupłego wegetarianina, który uczy ceimne chińskie masy niemieckiego na Uniwersytecie Technologicznym w Xi'an. Śmieszny gość, trochę zakręcony, zgłebia tajniki chińskich charakterów tych mówionych i kobiecych. Próbuje zrozumieć Chiny i jak do tej pory po siedmiu tygodniach odkrył, że wszystko jest "poisoned", od mleka po władze uniwersytetu. Wyruszamy na poszukiwania chińskich piękności na ichniejszą Akademię Sztuk Pięknych w Xi'an, odwiedzając po drodze świątynię byddyjską, w której jemy smaczne wegetariańskie żarcie. Wszystko z soji, ale przyprawione smakowicie. W sklepach otaczających świątynię spotykamy młodą dziewczynę, która mówi, że wierzy w Tarpalamę ze względu na jego urok?!(sic!) Z minami zdziwienia odchodzimy z placu pachnącego kadzidłami. Jan musi przedłużyć książki w miejskiej bibliotece, więc prowadzi mnie do ogromnego budynku. Rozmiar poraża, więc oczekuję imponującego zbioru. W środku 2/3 budynku to pusta przestrzeń wypełniona powietrzem. Na kilku piętrach pare małych pokoików z książkami. Największe są korytarze po których spokojnie mogliby zrobić defiladę na cześć słowa pisanego. Tym razem pusto, chłodno, ciemno. Kilka osób w czytelni i nic więcej. A budynek chyba z 30 metrów wysoki.
Kolejny przystanek to obiecane piękności studiujące sztukę. Idziemy na jedną wystawę i poznajemy Miang-Ping, małą drobniuteńką, chudziutką Chineczkę, która oprowadza nas po dwóch salach, a potem bierze od Jana numer telefonu, bo chce mu pokazać kolekcję ciuchów, które zaprojektowała. Gdy zapisuje numer, cieszy się ogromnie jak mała dziewczynka, przestępując z nogi na nogę, przygryzając dolną wargę, a jej piękne oczy rozświetla ciekawość. Po wystawie siadamy pod wysokimi klonami w uniwersyteckiej kafejce, prawdopodobnie najprzyjemniejszym punkcie miasta i rozmawiamy chyba z dwie godziny. Artystki pewnie w swoich pracowniach, czasami tylko przejdzie jakaś lokalna piękność.
Trzy noce prawie nie spałem, a Jan entuzjastycznie mówi, że idziemy na kolację z innym couchsurferem. Kolacja niczego sobie, nowe smaki próbują zostać zidentyfikowane z zawartością potraw i tego co trafia do mojego żołądka. Mam nadzieję tylko, że żadnego psiaka nie zjadłem. Przychodzi drugi CS i w czwórkę opuszczamy restaurację, po tym jak jeden Chińczyk koniecznie chciał się z nami nachlać, a nam to jakoś dziwnym trafem nie pasowało. Zaczynam rozmowę z jednym i tak Niemiec zanudza, próbując naśladować jakiegoś mędrca i wójka dobrą radę w jednym, że pod koniec już go nie słucham, a w pewnym momencie wydaje mi się, że jak zaraz nie przestanie to go uduszę gołyma ręcyma. Typowy przykład człowieka, który mało co w życiu widział, mieszkając większość z niego w jakiejś wiosce pod Berlinem, a wypowiadający się na temat brudnych ulic w Pakistanie i Indiach, wydając sądy o ludziach tam mieszkających. Nie do końca też rozumiejący, dlaczego niektóre strony jak np. human rights w Chinach nie działają. No ale dobra, na początku wydawał się miły i niech tak pozostanie.
Wsiadamy z Janem w takse i jedziemy na jego campus, gdzie o godzinie 23:00 chińscy technokraci nadal grają w koszykówkę i ping-ponga. Normalnie jak na Tekach we Wrocławiu. Aż mnie dreszcz, przeszedł, ale już po chwili uczucie ulgi spłynęło na mnie z myślą, że polscy technokraci to już przeszłość, do któej nie muszę wracać.
Jedenasto godzinny sen wprowadził mnie w nowy dzien wypełniony szarością smogu i nisko wiszących chmór nad miastem, ograniczających widoczność do 150 metrów. Miasto olbrzym, a teraz jakby się kończyło za następnym skrzyżowaniem. Tylko wysokie wieże gdzieś próbują się przebić przez to mleko daleko na horyzoncie. Jak przykładny turysta jadę zobaczyć "Terracota Warriors", w końcu jest to główny powód dlaczego przyjechałem do Xi'an. W mojej głowie jak zawsze perfekcyjne zdjęcia z LP. Wiem, że to pewnie inaczej wygląda niż w tym przekłamanym przewodniku, ale to co mnie czeka na miejscu totalnie mnie zbija z nóg.
Wielki muzealny kompleks, kilku hektarowy park, wszędzie pełno kiczowatych figurek wojowników sprzedawanych na niekończącym się bazarze.Miliony turystów i przewodników. Japończyk w australijskim kapeluszu robi reportaż wszystkiego co widzi. W jednej sali przechodzi od obrazu do obrazu za każdym razem spuszczając migawkę swojego Canona nawet nie wiedząc co fotografuje. Widać, że gość ma misję, tylko kto będzie oglądał te wszytkie zdjęcia, których pewnie zrobił kilkaset. Nie moja sprawa, ale napewno ciekawy przykład turysty z pasją.
I właśnie w tym momencie trzeba odnależć autentycznych wojowników. którzy w większości spoczywają jeszcze w swoim grobowcu, wszystkochłonnej Ziemi. Tak jak gumką wymazuję z moejgo obrazka nadmiar grafitu turystów, Chińczyków, komercji, kiczu, rozmów i chałasów. Zapominam o beznadziejnym filmie, który został nakręcony, aby przybliżyć historię "Terracotta Warriors", pięknych zdjęciach z przewodników igazet. Stoję sam, przede mną figury, morze figur ustawionych w szeregach. Patrzę na nie, ale moje myśli wybiegają do tych, którzy je przecież wykonali. Ogrom pracy, wielkie dzieło i to wszystko koloru piasku. Domalowuję kolory, aby zobaczyć sztukę w oryginale. Tak jak w starożytności wszystko było kolorowe, tak i wojownicy kiedyś byli różnobarwną niemą armią cesarza Qin. Przez chwilę trwam w czasach sprzed 2000lat i gdy obraz zaczyna blednąć i zmieniać się w żółć powracam do tego dzikiego tłumu, który mnie otacza. I znowu zdaję sobie sprawę z selektywności, sztuce wyboru i tego, że pomimo dookoła sam kicz, na skrzydłach wyobraźni pobudzonej kilkoma autentycznymi figuramimożna odlecieć naprawdę daleko, tak daleko, że czasem można nie wrócić.

Czekam przed dworcem w Xi'an na pociąg do Beijingu. Palę papierosa, piję coca-colę, która chyba na zawsze pozostanie moją toważyszką podróży, i widzę że podchodzi do mnie staruszka, podpierając się na lasce z wyciągnietą dłonią prosząc o jałmużnę. A więc w tym pięknym wykreowanym przez parlament świecie są jednak żebracy, bezdomni i ludzie przymierający głodem. Bo to całe piękne życie w miastach, gdzie po ulicach jeżdżą Buick'i, Toyoty, Fordy i Land Cruisery, ludzie są piękni i bogaci to tylko 30% populacji. 70% to biedota mieszkająca na wsiach, o których wszyscy zapomnieli. A w miastach wciąż nowe kilkunastopiętrowe budynki wyrastają w miejscach starych biednych ceglanych domów ubogich. Chińczycy na pytanie co się stało z tymi kilkoma tysiącami ludzi, którzy tam mieszkali, odpowiadają - Government takes care, albo - Government has a plan for them. Co to może oznaczać, lepiej nie myśleć, bo raczej nie brzmi to jak nowe mieszkania dla przesiedlonych, raczej jak "radź sobie chłopie teraz sam", a my budujemy i tak tutaj swoje centrum biznesu.
Więc podeszła ta babulinka do mnie i dałem jej 5 Yuanów, co jest równowartością 80 centów amerykańskich, 0.5Euro lub 1,70zł. Jak kobieta zobaczyło to bogactwo(zazwyczaj dostaje 0.5-1Y), to najpierw wyzwała dwie młode siedzące obok mnie Chinki, za ich brak serca i skąpstwo, a potem zaczęła się do mnie śmiać, ciesząc się z tego papierka, salutować mi i dziękować. Językiem wrażliwości jakim do mnie przemawiała zrozumiałem, że mnie błogosławi w jakiś mistyczny, tylko jej wiadomy sposób, a że słowa starej kobiety zawsze wydawały mi sie mądrością i skarbnicą wiedzy o Świecie, przyjąłem to jako osobliwy dar od losu. Babuszka pośmiała się jeszcze chwilę, dalej nie wierząc w bogactwo jakim ją obdarowałem i odchodząc nadal coś wykrzykiwała na ruchliwym placu, na którym nikt nie zwracał na nią uwagi. Jak odeszła napłynęło do mnie tyle uczuć, że po raz kolejny podróżując w Azji, mało nie pękło mi serce niegodzące się na niesprawiedliwość, ubóstwo, wyzysk, system i to wszystko co związane jest z władzą i polityką.

No comments: