Monday, 13 October 2008

El tren - vol.2


I znowu rodzina z pociągu wysiada. Kobieta trzyma na rękach bobasa, który rozweselał ostatnie 24 godziny gawedź pociągu. Opiekuńcza matka o tak delikatnej cerze twarzy, że wpatrywałem się wciąż przez większą część naszej podróży. Teraz wysiadają. Mąż i dwóch młodych chłopaków, z którymi pomimo, że nie mogłem porozmawiać to polubiłem ich strasznie. No i jeszcze wysiadły dwie Chinki, które dobę temu się do mnie uśmiechały. Patrzę na miejsce na których siedzieli, a tam już jakeś inne twarze, inni ludzie zajęli ich miejsca. I tak jakoś mi dziwnie, nie swojo, obco. Najbardziej lubię pociągi wielodobowe, bo w nich po klkudziesięciu godzinach zamknięcia i ograniczenia do przestrzeni kilku metrów kwadratowych wszyscy zżywają się ze sobą jak jedna wielka rodzina. Ci ludzie już poszli, pojechali do swoich domów, rodzin, spraw codziennych. Ale jeszcze jak wysiadali pożegnaliśmy się ciepło obdarowując uśmiechem i dziękując sobie za te kilka miłych wspólnie spędzonych chwil. Ciągłe spotkania, rozstania, rozjazdy, przyjazdy. Więzi tworzone z tymi ludźmi na zawsze pozostaną w mojej pamięci i dlatego chyba nigdy nie przestanę podróżować.(dlaczego chyba - bo nigdy nie wiesz)
Pociąg stoji na tej stacji kilkanaście minut. Konduktor wygania wszystkich palaczy na zewnątrz, żeby mu nie smrodzili w pociągu, więc wysiadam z resztą i stoimi na peronie nad którym króluje wielka, ogromna góra. Kolejny dworzec oświetlany neonami, na środku budka z żarciem i napojami, prawie jak na Głównym we Wrocławiu. Prawie, tylko gdzieś w środku Chin. Kilku starszych panów z pociągu wypija przez szybę kolejne flaszki wódki, śmiejąc się i rechocząc jak mali chłopcy, którzy zrobili psikusa pani bufetowej, bo nie zapłacili, ale przecież wypili. Świst pociągu i wszyscy jak na komendę wbiegamy do środka.
Jeszcze kilka słów o konduktorach, panach i władcach setek podróżujących. W swoich granatowych strojach i czerwonych czapkach, jak żandarmi przemierzają wagon, co chwila krzcząc na kogoś, że źle bagaż leży, że na oknie nie można stawiać butelek. Mnie też rano jeden obudził kopniakiem i kazał zwijać karimatę z podłogi, na której spałem, bo już ósma i pani z wózkiem pełnym chińskich delikatesów musi przejechać, aby posilić wygłodniałą po nocy rzeszę ludzi. Więc wstałem, bo co miałem zrobić. Rozkazy wydawane przez żandarmów, pomimo, że jak już wiele razy pisałem niczego nie rozmumiem, brzmią dla mnie, a wnioskuję z postaw i tonu wypowiadającego, mniej więcej tak:

= No posuń się kurwa, bo idę chyba, nie?!

= Ty konus co tu palisz, a tam na twoim miejscu taki burdel.

albo

= Zbierać kurwa te szmaty z podłogi!!

albo

= !!!Dokumenty!!!albo!!!wypierdalasz!!!!!!!

No tacy to mili panowie nas obsługują. A ludzie ze strachem w oczach, albo lekceważącym uśmiechem wypełniają co do jednego, no bo i co mogą zrobić.

No comments: