Opuszczam powoli chłopięcy świat pakistanu. Mężczyźni to tylko ci z Europy albo Ameryki. Wokół sami chłopcy różniący się tylko wiekiem. Z Passu wychodzę grając na flecie. Po kilku kilometrach łapię stopa i jadę z dowódcą brygady checkpostu na motorze do namiotów, gdzie mają swoją bazę. Wiatr, który od rana się wzmagał, wszedł w apogeum i mało nas nie zwiewa do rowu, gdzie Chińczycy próbują ulepszać KKH. Chcę łapać dalej, ale zapraszają mnie na milk-tea i ciężko odmówić. W namiocie na trzech pryczach, czterech gości gra w chińczyka, dwóch śpi, a my dosiadamy się i obserwujemy. Gra jest w szczytowej fazie i chłopcy są tak pochłonięci rzucaniem kostki, że gdy wreszcie kucharz idzie nastawić cherbatę zastępuje go mój kierowca. Po kilku rzutach kończą, składają planszę, spod której wygrany zabiera 100RPS. Aaaaa, i wszystko jasne czemu tak się emocjonowali. Hazardzik na służbie. Pijemy cherbatę, wymieniamy kilka zdań i w obstawie całego check-postu wracam na drogę. Pech chciał, że stoimy dwadzieścia minut i nic. Od mojego plecaka odeszliśmy już chyba z sześć metrów i widać, że chłopcy chcieliby jakoś odejść bo im się znudziło, tylko do końca nie wiedzą jak mają to zrobić. Zostaje dwóch, a reszta z rękoma za plecami schodzi do namiotów tak jakby chcieli, żebym ich nie widział. Po chwili zatrzymujemy jeep’a z drewnem i uczucie ulgi spływa na chłopców uśmiechem. W Sost zatrzymuję się tak jak przed miesiącem w „Four Brothers Hotel”i od razu kupuję bilet do Chin.
Bo z Pakistanu trzeba uciekać pod osłoną nocy zabijając w sobie na ten czas wszelkie uczucia. Trzeba uciekać i patrzeć tylko przed siebie, bo jakby się człowiek zapatrzył na te wszystki góry dookoła, rzeki i doliny i nie daj Bóg porozmawiałby z ludźmi to by nigdy nie chciał stąd wyjeżdżać. Jeszcze wczoraj chciałem jechać do Shimshal, jeszcze dzisiaj do Chapursan, jeszcze zanim opuściłem Karrimabad chciałem tu zostać jeszcze kilka miesięcy, po tym jak Lissia powiedziała, że mogłaby przyjechać.
STOP!!!!!!!
Pakistan nie zginie, Północne Terytoria opierały się w historii nie takim najeźdźcom jak obecni. Pakistan nie zginie, żyć będzie wiecznie w swoim pięknie, a ja tu wróceę na dłużej. Teraz stojąc u bram nowej przygody, siedząc w knajpie jem ostatniego mash-dala. Patrzę po przekątnej i kogo widzę. Gościa z którym jechałem miesiąc temu do Islamabadu i który tym razem zaprasza mnie do swojej doliny.
Pakistan nie zginie, bo wciąż w tych dzikich górach na dachu Świata mieszkają wspaniali ludzie.
Zostawiam Pakistan z cząstką siebie, przygotowując kolejną na Chiny, Kanadę i może Argentynę.
No comments:
Post a Comment