Friday, 3 October 2008

Shangri La


A zabrakło tylko orzechów i już smak był mdły i bez tej chrupiącej ekstazy, którą zjadam co rano. Poza tym wszystko jak zawsze, ten sam kucharz, ta sama kuchnia, ten sam olej i patelnia, omlet smażony i dżem z moreli, ten sam głód, ten sam stolik i ten sam widok za oknem. Zabrakło aż zmielonych orzechów i wszystko się zmieniło.
Od kilku dni jestem w Karrimabadzie, który w legendach jest wspominany jako jedno z antycznych zagubionych królestw Tybetu. Dookoła majestatyczne siedmiotysięczniki witają mnie co rano, życząc miłego dnia w języku Burszeskim, którego od wieków używają mieszkańcy doliny. Spokój miejsca jest obecnie moim domem, gdzie spędzam godziny na kontemplacji gór. Nie muszę wychodzić z mojego domu na długie wędrówki, aby poczuć adrenalinę przygody. Nie muszę osiągać celów czterotysięcznych przełęczy. Nie muszę latać po wiosce próbując uchwycić życie jej mieszkańców. Po prostu tu jestem i to mi wystarcza. Chłonę wszystko przez pory obecności, jesli nawet spędzam dużą część dnia w wirtualnym świecie kafejki powyżej. Bo to mój dom jest teraz i jest mi dobrze, pomimo że jakby były zmielone orzechy w postaci jednej kobiety to mógłybm tu zostać na wieki w krainie zwanej Shangri La.
Wczoraj wyjechał Martin. Wreszcie go spotkałem i było naprawdę miło. Jak wsiadał do jeep’a zapewniliśmy się, że jeszcze się spotkamy w jakimś zakątku tego pięknego świata. A brzmiało to mniej więcej tak
– See you in South America in two years :)

No comments: